W ostatnim sezonie (2025/2026) ponownie nosiłeś „C” na piersi. Czy w Twoim wieku i z Twoim bagażem doświadczeń ta litera to wciąż dodatkowa duma, czy może już przede wszystkim duża odpowiedzialność za wynik i atmosferę w szatni?
Myślę, że w moim przypadku to przede wszystkim ogromna duma. Jestem z Torunia, tutaj się wychowałem, stawiałem pierwsze kroki na lodzie i zawsze marzyłem, żeby reprezentować ten klub. Możliwość noszenia „C” na piersi w drużynie z rodzinnego miasta to coś wyjątkowego i na pewno traktuję to jako wyróżnienie. Oczywiście, z tym wiąże się też odpowiedzialność – zarówno za wynik sportowy, jak i atmosferę w szatni – ale dla mnie to naturalna część tej roli. Najważniejsze jest to, że mogę reprezentować swoje miasto i robić to jako kapitan.
Poprzedni sezon był dla nas trudny – niespodziewane opuszczenie drużyny przez trenera w trakcie sezonu to coś, co nie zdarza się często i można to nazwać kryzysem. Jak wspominasz tamten moment? I dzięki czemu Twoim zdaniem udało się wyjść z tego obronną ręką? Jak widziałeś swoją rolę jako kapitana w tamtym momencie?
Szczerze mówiąc, pierwszy raz w karierze spotkałem się z taką sytuacją, że trener z dnia na dzień przestaje pojawiać się w pracy. To na pewno był moment nietypowy i potencjalnie trudny dla drużyny, bo takie rzeczy mogą wprowadzić zamieszanie. Pamiętam jednak, że zespół dość szybko się z tym oswoił, a drużynę przejął Łukasz i tak naprawdę skupiliśmy się na tym, co najważniejsze, czyli kolejnych meczach. Nie było jakiegoś dużego kryzysu, bo każdy wiedział, co ma robić. Z mojej strony, jako kapitana, najważniejsze było utrzymanie spokoju w szatni, trochę „ostudzenie głów” i przypomnienie, że niezależnie od okoliczności musimy robić swoją robotę na lodzie.

Wróciłeś do Torunia w 2020 roku po latach gry w Tychach i Krakowie. Czy patrząc z perspektywy tych sześciu lat, uważasz, że decyzja o „osiadaniu” w rodzinnym klubie była najlepszym ruchem na drugą połowę Twojej kariery?
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, uważam, że była to bardzo dobra decyzja – zarówno dla mnie, jak i dla mojej rodziny. W tamtym momencie to był najlepszy możliwy krok, żeby znaleźć stabilizację i jednocześnie dalej grać na dobrym poziomie. Powrót do Torunia dał mi też dużą satysfakcję sportową i osobistą, bo mogę reprezentować klub, z którym jestem związany od początku. Myślę, że na tym etapie kariery takie poczucie „bycia u siebie” ma ogromne znaczenie.

Grasz w Ekstralidze już dłuższy czas. Jak Twoim zdaniem zmienił się poziom sportowy i profesjonalizm całego polskiego hokeja od czasu Twojego debiutu?
Od czasu mojego debiutu zmieniło się naprawdę bardzo dużo. Poziom sportowy w lidze wyraźnie się podniósł – gra jest szybsza, bardziej dynamiczna i wymagająca fizycznie. Widać też większy profesjonalizm, zarówno jeśli chodzi o przygotowanie zawodników, jak i organizację klubów. Do naszej ligi trafia coraz więcej zawodników z doświadczeniem w bardzo mocnych ligach zagranicznych, co tylko podnosi poziom rywalizacji. To pokazuje, że THL rozwija się i nie jest już ligą, którą można lekceważyć.
Czy stabilizacja życiowa i fakt, że jesteś u siebie, pomaga Ci w utrzymaniu formy, czy może trudniej o motywację, gdy wszystko wokół jest tak dobrze znane?
Na pewno jest trochę inaczej niż kiedyś. Jako 19-latek, kiedy wyjeżdżałem sam do innego miasta, miałem praktycznie cały dzień podporządkowany treningom i regeneracji. Teraz dochodzą obowiązki rodzinne – dzieci, życie poza hokejem – więc trzeba to wszystko dobrze poukładać. Ale to nie znaczy, że trudniej o formę czy motywację. Wręcz przeciwnie, trzeba być bardziej świadomym i lepiej zarządzać swoim czasem. W Toruniu również znajduję przestrzeń, żeby pracować nad sobą i utrzymywać wysoki poziom sportowy.

Widziałeś w Toruniu wielu zawodników zagranicznych. Czy masz jakąś swoją sprawdzoną metodę na szybkie „wszczepienie” obcokrajowcom toruńskiego DNA?
(śmiech) Na początek klasyka – pierniki i planetarium, żeby poczuli klimat miasta. A tak już poważniej, to najważniejsze jest to, żeby nowi zawodnicy jak najszybciej poczuli się częścią drużyny. Staram się pomagać im w adaptacji, pokazać, jak funkcjonuje szatnia i jakie mamy wartości. Jeśli ktoś dobrze odnajdzie się w zespole poza lodem, to później dużo łatwiej przenieść to na grę.
Czy jest w lidze taki klub lub konkretne miasto, do którego wyjazd zawsze wywołuje u Ciebie dodatkowy dreszcz emocji i chęć udowodnienia czegoś kibicom przeciwnika?
Myślę, że wyjazdy do Tychów zawsze będą dla mnie wyjątkowe, ale nie dlatego, że chcę coś udowadniać kibicom czy komukolwiek innemu. To bardziej kwestia sentymentu – spędziłem tam ważny etap życia, odnosiłem największe sukcesy, tam urodziła się moja starsza córka Róża i tam wziąłem ślub. To miejsce ma dla mnie duże znaczenie, więc każdy powrót wiąże się z emocjami, ale raczej pozytywnymi niż sportową „napinką”.
Niniejszy wywiad, w świetle prawa autorskiego i prasowego, stanowi własność intelektualną KH Toruń HSA. Cytowanie, przedrukowywanie w całości lub we fragmentach, w wydawnictwach papierowych oraz internetowych, bez wiedzy i zgody autora zabronione.